Człowiek Warga:
Wiecie co? Mi się chyba nigdy nie nudzi. Nuda jest u mnie całkowicie kontrolowana niczym krocze Nataszy Urbańskiej przez Janusza Józefowicza. Kiedy mi się rzeczywiście jednak nudzi, to uważam to za zajebiste błogosławieństwo, bo oznacza, że nie jestem obciążony niczym ani psychicznie, ani fizycznie. Uwielbiam stan nudy. Nie trwa on długo i dlatego tak go wielbię. Gdyby był dłuższy to by mi się znudził i rzygałbym nudą w nudę.
A tak cieszę się jak dziecko ze skłonnościami do gerontofilii, które ma przed sobą Władysława Bartoszewskiego i Wojciecha Jaruzelskiego.
Ważne żeby się nudzić z umiarem i z głową.
U mnie nuda polega na tym, że mogę robić co chcę, a za chuja nie wiem co i zwykle napierdalam siedem rzeczy naraz, każdą co chwilę przerywając inną rzeczą. Potem puszczam muzykę i chwilę leżę nudząc się kompletnie odpływająco i wpadam na szalony pomysł, żeby zrobić znowu to co robiłem kilka chwil wczesniej. Innymi słowy znowu robię wszystko po kolei przerywając co chwilę jedną rzecz i zaczynając następną.
To nuda klasyczna.
Jest jeszcze absolutna nuda polegająca na obserwowaniu jak czas nieubłaganie zapierdala.
Pamiętam, kiedy byłem w pierwszej klasie podstawówki i mieliśmy matematykę w jakiś upalny dzień. czułem się wówczas fatalnie psychicznie bo czas wlókł się niczym Stephen Hawking na ruchańsko. Porownałem sobie 9 lat później będąc w liceum jak szybko upływa mi 45 minut i okazało się, że mogę spokojnie wytrzymać bez nerwówki. W tej chwili kiedy postanawiam się nudzić absolutnie(najczęściej jest to przed zdjęciami wieczornymi, kiedy to siedzę jeszcze w biurze, a nie opłaca się wracać do domu na dosłownie 5 minut.) wtedy siadam i czekam aż czas minie. Zwykle mija na samym obserwowaniu mijania tego czasu. To przepierdolone, ale już mi to nie przeszkadza tak jak wtedy, gdy byłem mały. Wtedy przechodziły mnie czarki i przez to, że klamry czasu zamykały mnie swoją powolnością uwalniała się we mnie mentalna klaustrofobia.
Wdzierała się w moje mięśnie, ścięgna i mikroskopijnego penisa panika powodująca "machanie nóżką" i wszelkie inne metody, żeby tylko się jej pozbyć.
Nie lubiłem tego uczucia tak jak nienawidzę przemądrzałych studentów;-)
Teraz też mi się zdraza tak czasami w niektórych przypadkach, kiedy muszę się na czymś drobnym i precyzyjnym skoncentrować. Czuję jakiś opór w dłoniach i mózgu.
No ale nie ma to wówczas niczego wspólnego z nudą.
Nuda jest gdzieś obok.
Jest zgwałconą na dyskotece kuzynką nerwowości.
Kurewsko świadomą i cudownie rozluźniającą.
Świadomość, że masz załóżmy czterdzieści pięć minut czasu na robienie kompletnie kurwa niczego jest fenomenalnie oczyszcająca.
Zastępuje z sukcesem płukanie okrężnicy.
A tak cieszę się jak dziecko ze skłonnościami do gerontofilii, które ma przed sobą Władysława Bartoszewskiego i Wojciecha Jaruzelskiego.
Ważne żeby się nudzić z umiarem i z głową.
U mnie nuda polega na tym, że mogę robić co chcę, a za chuja nie wiem co i zwykle napierdalam siedem rzeczy naraz, każdą co chwilę przerywając inną rzeczą. Potem puszczam muzykę i chwilę leżę nudząc się kompletnie odpływająco i wpadam na szalony pomysł, żeby zrobić znowu to co robiłem kilka chwil wczesniej. Innymi słowy znowu robię wszystko po kolei przerywając co chwilę jedną rzecz i zaczynając następną.
To nuda klasyczna.
Jest jeszcze absolutna nuda polegająca na obserwowaniu jak czas nieubłaganie zapierdala.
Pamiętam, kiedy byłem w pierwszej klasie podstawówki i mieliśmy matematykę w jakiś upalny dzień. czułem się wówczas fatalnie psychicznie bo czas wlókł się niczym Stephen Hawking na ruchańsko. Porownałem sobie 9 lat później będąc w liceum jak szybko upływa mi 45 minut i okazało się, że mogę spokojnie wytrzymać bez nerwówki. W tej chwili kiedy postanawiam się nudzić absolutnie(najczęściej jest to przed zdjęciami wieczornymi, kiedy to siedzę jeszcze w biurze, a nie opłaca się wracać do domu na dosłownie 5 minut.) wtedy siadam i czekam aż czas minie. Zwykle mija na samym obserwowaniu mijania tego czasu. To przepierdolone, ale już mi to nie przeszkadza tak jak wtedy, gdy byłem mały. Wtedy przechodziły mnie czarki i przez to, że klamry czasu zamykały mnie swoją powolnością uwalniała się we mnie mentalna klaustrofobia.
Wdzierała się w moje mięśnie, ścięgna i mikroskopijnego penisa panika powodująca "machanie nóżką" i wszelkie inne metody, żeby tylko się jej pozbyć.
Nie lubiłem tego uczucia tak jak nienawidzę przemądrzałych studentów;-)
Teraz też mi się zdraza tak czasami w niektórych przypadkach, kiedy muszę się na czymś drobnym i precyzyjnym skoncentrować. Czuję jakiś opór w dłoniach i mózgu.
No ale nie ma to wówczas niczego wspólnego z nudą.
Nuda jest gdzieś obok.
Jest zgwałconą na dyskotece kuzynką nerwowości.
Kurewsko świadomą i cudownie rozluźniającą.
Świadomość, że masz załóżmy czterdzieści pięć minut czasu na robienie kompletnie kurwa niczego jest fenomenalnie oczyszcająca.
Zastępuje z sukcesem płukanie okrężnicy.



-
Człowiek Warga:
-
szymonpiotr.pinger.pl:
-
szymonpiotr.pinger.pl:
Pokaż wszystkie (8) ›