Człowiek Warga:
RZECZ O W CHUJ ZWYCZAJNYM SZALEŃSTWIE!
Czy trzeba być pierdolniętym, żeby być wielkim?
Zdecydowanie tak.
To zabawne, ale ludzie cierpiący na wszelkiego rodzaju choroby psychiczne w pewnych momentach swojego życia potrafią się wykazać nadludzkim talentem, który przyćmiewa wszystko co dane jest artystycznie zwykłemu człowiekowi. Nagle mamy kolesia, który nie potrafi podetrzeć dupy a zna liczbę Pi dziesieć tysięcy miejsc po przecinku, lub lecąc raz nad miastem potrafi z dokładnością co do metra narysować mapę, łącznie ze skomplikowaną architekturą poszczególnych budynków, a w rzeczywistości jedyne, inne co potrafi zrobić dobrze to się dobrze obszczać.
Wielu geniuszy wybiegających daleko poza granice, kanony i marginesy naszego rozumowania było po prostu pierdolniętymi ludźmi.
Być może choroba pozwala zajrzeć nam głęboko wprost w czarny odbyt naszej wyobraźni i wyciągnąć z niego potłuczone szkło artyzmu?
Może ludzie cierpiący na schizofrenię potrafią wyrwać śrubokręt absurdalnego piękna z owrzodzonej cewki moczowej?
A może po prostu ich sztuka w swoim prymitywistycznym geniuszu jest czymś całkowicie normalnym od czego my się odcinamy bo się boimy jej perfekcji?
Nasze umysły nie pojmując niektórych rzeczy po prostu ich nie widzą(to tak jak ze Śmiercią w Świecie Dysku;-).
Bo tak naprawdę w tej chwili, żeby stworzyć coś pięknego, oryginalnego i ogólnie przełomowego trzeba zrobić coś czego nikt jeszcze nie stworzył. Należy wpaść na coś, na czym nikt się jeszcze nie wypierdolił. Niby kurwa nic odkrywczego, a jednak po głębszym zastanowieniu dochodzi do nas pytanie: Gdzież tego do ciężkiego chuja Dariusza Michalczewskiego szukać?
Wszystkie źródła w niebie i na ziemi wyczerpane. Okazuje się jednak, że jest kopalnia w głębi własnego umysłu, którą można fedrować jedynie popadając w lekki, kontrolowany obłęd.
Albo biorąc narkotyki;-)
Kiedyś określenie: "Ale jesteś pojebany!" było obrazą. Dziś jest mega komplementem na wypasie!
A mówię o tym wszystkim bo przypomniała mi się dzisiaj twórczość Louisa Waina.
Człowieka, który rysował koty.
Był popularnym ilustratorem opowiadań, bajek i tego typu rzeczy na przełomie XIX i XX wieku. Potem się okazało, że ma schizofrenię i jego koty, mimo iż dalej pozostały kotami to się jednak lekko stuningowały. Na podstawie jego prac można zobaczyć jak przebiegała choroba. I teraz pytanie: Czyż nie jest on kurwa w miarę zaawansowania w schizofrenii coraz bardziej genialny?
Tak samo historia Davida Helfgotta odegrana majstersztykowo przez Geoffreya Rusha w filmie "Shine" utwierdza mnie w przekonaniu, że aby być naprawdę genialnym, trzeba być jebniętym.
Zatem gdzie tu ten knif? Czyżby mniejsza kontrola umysłu pozwalała nam uwalniać pokłady naszego geniuszu? Może to zmiany w mózgu powodują sprawniejsze działanie synaps, nerwów i innych rzeczy których nie znam?
(Tak jak w filmie Fenomen).
Szczerze?
Chuj go wie.
To smutne, ale właściwe: Prawdziwego artystę poznaje się po chorobie;-)
Poniżej fragment wspomnianego filmu "Shine", który zawsze rozpierdala mnie na łopatki. nie ma on takiej wymowy jak ktoś filmu nie widział, ale i tak jest mistrzowski i wilgotnieją mi oczy. Konkretnie chodzi o fragment od 01:43 do końca...
Czy trzeba być pierdolniętym, żeby być wielkim?
Zdecydowanie tak.
To zabawne, ale ludzie cierpiący na wszelkiego rodzaju choroby psychiczne w pewnych momentach swojego życia potrafią się wykazać nadludzkim talentem, który przyćmiewa wszystko co dane jest artystycznie zwykłemu człowiekowi. Nagle mamy kolesia, który nie potrafi podetrzeć dupy a zna liczbę Pi dziesieć tysięcy miejsc po przecinku, lub lecąc raz nad miastem potrafi z dokładnością co do metra narysować mapę, łącznie ze skomplikowaną architekturą poszczególnych budynków, a w rzeczywistości jedyne, inne co potrafi zrobić dobrze to się dobrze obszczać.
Wielu geniuszy wybiegających daleko poza granice, kanony i marginesy naszego rozumowania było po prostu pierdolniętymi ludźmi.
Być może choroba pozwala zajrzeć nam głęboko wprost w czarny odbyt naszej wyobraźni i wyciągnąć z niego potłuczone szkło artyzmu?
Może ludzie cierpiący na schizofrenię potrafią wyrwać śrubokręt absurdalnego piękna z owrzodzonej cewki moczowej?
A może po prostu ich sztuka w swoim prymitywistycznym geniuszu jest czymś całkowicie normalnym od czego my się odcinamy bo się boimy jej perfekcji?
Nasze umysły nie pojmując niektórych rzeczy po prostu ich nie widzą(to tak jak ze Śmiercią w Świecie Dysku;-).
Bo tak naprawdę w tej chwili, żeby stworzyć coś pięknego, oryginalnego i ogólnie przełomowego trzeba zrobić coś czego nikt jeszcze nie stworzył. Należy wpaść na coś, na czym nikt się jeszcze nie wypierdolił. Niby kurwa nic odkrywczego, a jednak po głębszym zastanowieniu dochodzi do nas pytanie: Gdzież tego do ciężkiego chuja Dariusza Michalczewskiego szukać?
Wszystkie źródła w niebie i na ziemi wyczerpane. Okazuje się jednak, że jest kopalnia w głębi własnego umysłu, którą można fedrować jedynie popadając w lekki, kontrolowany obłęd.
Albo biorąc narkotyki;-)
Kiedyś określenie: "Ale jesteś pojebany!" było obrazą. Dziś jest mega komplementem na wypasie!

A mówię o tym wszystkim bo przypomniała mi się dzisiaj twórczość Louisa Waina.
Człowieka, który rysował koty.
Był popularnym ilustratorem opowiadań, bajek i tego typu rzeczy na przełomie XIX i XX wieku. Potem się okazało, że ma schizofrenię i jego koty, mimo iż dalej pozostały kotami to się jednak lekko stuningowały. Na podstawie jego prac można zobaczyć jak przebiegała choroba. I teraz pytanie: Czyż nie jest on kurwa w miarę zaawansowania w schizofrenii coraz bardziej genialny?
Tak samo historia Davida Helfgotta odegrana majstersztykowo przez Geoffreya Rusha w filmie "Shine" utwierdza mnie w przekonaniu, że aby być naprawdę genialnym, trzeba być jebniętym.
Zatem gdzie tu ten knif? Czyżby mniejsza kontrola umysłu pozwalała nam uwalniać pokłady naszego geniuszu? Może to zmiany w mózgu powodują sprawniejsze działanie synaps, nerwów i innych rzeczy których nie znam?
(Tak jak w filmie Fenomen).Szczerze?
Chuj go wie.
To smutne, ale właściwe: Prawdziwego artystę poznaje się po chorobie;-)
Poniżej fragment wspomnianego filmu "Shine", który zawsze rozpierdala mnie na łopatki. nie ma on takiej wymowy jak ktoś filmu nie widział, ale i tak jest mistrzowski i wilgotnieją mi oczy. Konkretnie chodzi o fragment od 01:43 do końca...



-
Larma:
-
Człowiek Warga:
-
adela:
Pokaż wszystkie (8) ›